piątek, 7 listopada 2014

DWA


"Radość często bywa początkiem naszego bólu"

~*~

Rano obudziłam się w swoim łóżku, przykryta kołdrą, wypoczęta i pełna energii. Dzisiejszej nocy nie pojawiły się koszmary, które męczyły mnie wcześniej codziennie. Nie budziłam się w nocy, zlana potem, z mocno bijącym sercem i krzykiem, chcącym wydostać się na zewnątrz mnie.
Uznałam to za dobry omen.
Szybko wyskoczyłam z łóżka, nakładając bluzę i wyszłam na balkon. Pogoda była piękna, wręcz idealna do wyjścia na dwór. Słońce grzało mocno, rażąc w oczy swoim blaskiem. Niektórzy ludzie próbowali ukryć się przed jego promieniami, stojąc pod dachami budynków. Temperatura była nieprzyzwoicie wysoka, śmiało można by wyjść w samym stroju kąpielowym. Ptaki śpiewały głośno, słychać było śmiechy i rozmowy. Nie mówiąc już o tej zieleni. Wielki jej pas rozciągał się przed moim domem. Z mojego balkonu widać było park, do którego mieliśmy się udać razem z tatą. Pełen był biegających i radosnych dzieci ze swoimi pupilami. I kto by pomyślał, że taka pogoda może jeszcze być na początku września?
Nie namyślając się długo, prawie, że wybiegłam z pokoju by obudzić tatę. Nie pukając, weszłam do jego sypialni i zaczęłam skakać po łóżku, śmiejąc się.
- Nie możesz zachowywać się głośno gdzie indziej, no i może trochę ciszej? Są w tym domu osoby, które potrzebują czegoś takiego jak sen - wyburczał mój ojciec, chowając głowę pod poduszką.
- Możesz sobie pomarzyć! Jestem pełna energii i nie mam zamiaru jej marnować. Najlepszym rozwiązaniem naszego problemu będzie ubranie się i od razu pójście po parku! - wykrzyknęłam w odpowiedzi radośnie, odkrywając go i zrzucając kołdrę na ziemię. - No wstawaj leniu!
Tym razem podziałało. Tata usiadł i spojrzał na mnie lekko nieprzytomnym wzrokiem.
- Ty się tak nie rozpędzaj, bo ci ta tęczowa szopa, którą masz na głowie zaraz wybuchnie. - uśmiechnął się triumfalnie, widząc jak staram się opanować swój zapał.
 - A teraz mogłabyś wyjść? Bo mam zamiar się ubrać, byś mi tutaj zaraz jaja nie zniosła przez tą swoją niecierpliwość.
Radośnie spełniłam jego prośbę i od razu udałam się do swojego pokoju, by się przygotować do wyjścia. Gdy byłam już ubrana, zbiegłam na dół do kuchni i spakowałam wszystkie rzeczy potrzebne do pikniku. Nie było tego dużo, ale wystarczająco, by taka dwójka głodomorów jak my, najadła się do syta. Nie miałam zamiaru wracać do domu przed wieczorem.
Na miejsce dotarliśmy chyba po jakiś trzydziestu minutach, trzymając się za ręce i co chwilę wybuchając śmiechem. Koc rozłożyliśmy tuż przy lesie, by gałęzie drzew osłaniały nas przed gorącymi promieniami Słońca. Położyłam się na nim i oparłam głowę o nogi taty. Na chwilę nastała cisza, kiedy rozkoszowaliśmy się ciepłymi podmuchami wiatru.
- Tato, opowiedz mi jeszcze raz jak poznałeś się z mamą - poprosiłam, a w odpowiedzi usłyszałam jego śmiech. Uwielbiałam gdy o niej mówił. W jego głosie zawsze słychać było nutkę zachwytu i tęsknoty.
- Miałem wtedy dwadzieścia lat i pracowałem jako sprzedawca w kawiarni, która jednocześnie zajmowała się sprzedażą kwiatów. Przychodziła do sklepu codziennie, o tej samej godzinie i zawsze prosiła o bukiet stokrotek. Była przepiękna. Oliwkowa skóra, długie czarne włosy, brązowe oczy, które po niej odziedziczyłaś. Gdy wchodziła, roztaczała wokół siebie zapach płatków róży. Uśmiechała się zawsze w ten wyjątkowy sposób, jednym kącikiem ust. Jej głos był cichy i melodyjny. Zawsze gdy mówiła, czułem jak się odprężam. Byłem nią całkowicie oczarowany. Za każdym razem kiedy tylko pojawiała się w kawiarni, starałem się znaleźć w sobie odwagę by zaprosić ją na spacer, ale nigdy mi to nie wychodziło. Za bardzo obawiałem się możliwości, że może mnie wyśmiać. Jednak w końcu udało mi się i gromadząc wszystkie zasoby odwagi, zrobiłem to. Nawet nie wiesz jak wielkie było moje szczęście, gdy się zgodziła i wychodząc powiedziała, że cały czas czekała na ten moment. Poszliśmy do pobliskiego parku w centrum miasta. Wyglądała olśniewająco w swojej sukience w kwiecistym wzorze. Na początku rozmowa nam się nie kleiła, ale w końcu znaleźliśmy wspólne tematy. Okazała się być inteligentną i zabawną osobą. Bardzo mało mówiła o sobie, ale udało mi się dowiedzieć, że pracowała w księgarni i w między czasie chodziła też na studia. Spędziliśmy razem cały dzień, a gdy odprowadziłem ją do domu, powiedziała, że nie może się doczekać kiedy ponownie się zobaczymy.
Byłem zakochany w niej po same czubki uszu i miałem cichą nadzieję, że z wzajemnością. Od czasu tamtego spotkania, widywaliśmy się każdego dnia zaraz po pracy i zawsze w tamtym parku. W końcu zostaliśmy parą. Przez długi czas byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi. I nagle pojawiłaś się ty. Nie widzieliśmy świata poza tobą. Mama kochała cię z całego serca i nie ruszała się bez ciebie ani na krok. Lecz nagle musiała wyjechać. Ktoś z jej najbliższej rodziny poważnie zachorował i postanowiła się nim zająć. Miała takie dobre serce, dla osób potrzebujących pomocy zawsze znajdowała czas. Zdecydowała, że poleci tam sama, byś nie musiała się męczyć podróżą, bo wciąż byłaś za mała.
Nie wiem jak mogłem się na to zgodzić. Niedługo po odlocie, okazało się, że samolot którym leciała, wpadł wprost w szalejącą burzę i piloci nie potrafili nad nim zapanować. Samolot spadł niedaleko granicy naszego kraju. Żaden z pasażerów, w tym i twoja matka, tego nie przeżył. - mówił cicho, delikatnie głaszcząc mnie po włosach.
Mama opuściła nas, gdy miałam zaledwie rok. W domu nie mieliśmy niczego co było z nią związane. Żadnego przedmiotu, nagrania czy chociażby głupiego zdjęcia. Gdy pytałam się dlaczego, odpowiedź zawsze była taka sama: za dużo bólu i tęsknoty.
Tata starał się wychować mnie na sprawiedliwą i pomocną osobę. Zawsze wpajał mi zasadę, bym nie żałowała żadnego ze swoich wyborów, bo każdy z osobna mnie czegoś nauczył.
Nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc. Jestem z niego dumna, że daje radę wytrzymać z takim dzieckiem jak ja i jeszcze potrafi mnie kochać.
- Wiesz co? Chyba najwyższy czas bym ci to dał. Używaj mądrze. - z zamyślenia wyrwał mnie głos taty, który z kieszeni wyciągnął jakiś błyszczący przedmiot i założył na palec wskazujący mojej prawej ręki. Tym czymś okazał być się pierścionek. 
Był przepiękny.
Najprawdopodobniej wykonany ze srebra. Miał kształt liści bluszczu, owijających się wokół mojego palca aż do paznokcia. W niektórych miejscach był złączony małymi łańcuszkami, tak by nie przeszkadzał w ruszaniu oraz zginaniu palca. Wydawałoby się, że sam z siebie zaczyna jaśnieć.
Oszołomiona, nie potrafiłam nic z siebie wykrztusić i tylko patrzyłam na zadowolony uśmiech taty.
- Podoba ci się? - już chciałam odpowiedzieć, lecz przerwał mi dziki ryk dochodzący z lasu.
Tata momentalnie poderwał się z ziemi.
- Uciekaj Mel. Szybko - powiedział trzęsącym się głosem.
- Nigdzie nie idę. Co się tak w ogóle dzieje? - rozglądałam się zdezorientowana.
Z lasu wyłoniła się wielka postać.
Wyglądem przypominała człowieka, a dokładniej mężczyznę. Z wyjątkiem jednego, malutkiego szczególiku: miał jedno oko, pośrodku czoła i był wysoki na ponad sześć metrów. Ubrany tylko w kawałek materiału owiniętego wokół bioder, który trochę psuł jego przerażający wygląd.
- Melody, biegnij przed siebie i nie rozglądaj się. Znajdź Ashtona, powiedz mu co się stało i że nadszedł już czas. - popchnął mnie w stronę ścieżki, którą wychodziło się z parku. O dziwo, nie widziałam nikogo oprócz nas.
- Nie zostawię cię tutaj, nie ma mowy. Uciekamy razem. - przerażona, przysunęłam się do niego. Spojrzałam w stronę lasu. Olbrzym zbliżał się dużymi krokami, wymachując maczugą nabitą zardzewiałymi gwoździami, które niebezpiecznie świeciły zielonym blaskiem.
- Melody, rób co powiedziałem. UCIEKAJ! - krzyknął tata i odepchnął mnie w momencie, gdy to monstrum go złapało. Sturlałam się z małego pagórka na którym przed chwilą się znajdowałam.
Przerażona i sparaliżowana, patrzyłam jak rzuca moim ojcem w jakieś zielsko. Nie wiedziałam co robić, nawet nie wierzyłam w to co się teraz działo. Dopiero gdy zaczął iść w moją stronę i wydawać z siebie triumfalne okrzyki, ocknęłam się. 
Myślałam gorączkowo. 
Miałam zamiar znaleźć tatę i razem z nim uciec, nie widziałam żadnej innej opcji. Powoli odzyskiwałam czucie w całym ciele. Z tego co zdążyłam zauważyć, miejsce w którym wylądował mój rodziciel znajdowało się po mojej prawej stronie.
Poczułam nagły przypływ adrenaliny i coś takiego, jakby moje ADHD zaczęło pracować na jeszcze wyższych obrotach. Zebrałam w sobie wszystkie posiadane siły i ruszyłam biegiem w wybranym kierunku. Już po chwili zagłębiłam się w te całe zielsko. Mniej więcej gdzie tata "wylądował", więc nie było problemu ze znalezieniem go.
Problemem było to, jak wyglądał.
Kończyny leżące pod nienaturalnym kątem, podarte ubrania, z ust ciekła krew i jakby tego było mało, ciało pełne ran zrobionych przez kamienie. 
Przerażona, zaraz znalazłam się przy nim i położyłam jego głowę na moich kolanach.
Ledwie przytomny, podniósł powieki i z trudem skupiając wzrok na mojej twarzy, uśmiechnął się lekko.
- Wszystko będzie dobrze. Uciekniemy stąd. Wszystko będzie dobrze. Nic się nie stało. Wszystko będzie dobrze. - powtarzałam te słowa jak mantrę płaczliwym głosem, delikatnie starając się go podnieść. On jednak powstrzymał mnie, podnosząc dłoń.
- Już jest za późno i dobrze o tym wiemy. Ciała śmiertelników nie są tak odporne na ból i obrażenia - wyszeptał, a po chwili patrząc na mnie z czułością, dodał - Moja dziewczynka. Moja dzielna córeczka.
- Co? O czym ty mówisz? Jakie za późno? Za późno będzie jak ja tak powiem. - mocno ścisnęłam jego dłoń, czując łzy ściekające po policzkach.
Z trudem spojrzał na mnie.
- Uciekaj.
To było ostatnie słowo jakie wypowiedział.
Oczy znieruchomiały, płuca przestały pompować tlen, a serce przestało bić. Nie potrafiłam w to uwierzyć. Łzy nie przestawały płynąć, a ja wpatrywałam się w twarz mojego ojca.
W usta, które już nigdy nie miały wygiąć się w uśmiechu.
W oczy, z których już nigdy nie miała wypłynąć żadna łza bólu, czy szczęścia.
Słyszałam wrzask tego olbrzyma, ale nie obchodziło mnie to. Mógł być daleko stąd, a nawet tuż za mną. Wszystko było mi jedno.
- Nareszcie cię znalazłem. Pora umierać. - usłyszałam za sobą głos, przypominający bardziej wrzask dzikiego zwierzęcia, niż jakikolwiek ludzki odgłos.
Bez strachu i jakichkolwiek uczuć, wstałam i odwróciłam się przodem w stronę mojego przyszłego oprawcy.
- Czekam - odpowiedziałam beznamiętnie, rozkładając ręce w geście zaproszenia.
Nie bałam się śmierci, wręcz przeciwnie. Chciałam umrzeć. Straciłam już wszystko, więc nie zrobi mi to takiej różnicy jakiej się wszyscy mogliby spodziewać. Tak czy siak, miałam właśnie w tym momencie zakończyć swój żywot.
Wolałam odejść z tego świata z honorem, niż błagać o litość.
Stwór jednak chyba nie spodziewał się takiej reakcji z mojej strony, bo na chwilę zatrzymał się zaskoczony. Ale jak mówiłam, to była tylko chwila.
Podniósł swoją maczugę, jakby prawie nic nie ważyła, zakręcił nią nad sobą i z całej siły uderzył we mnie. Poczułam metal rozdzierający moją skórę oraz towarzyszący temu ogromny ból. Nie miałam nawet jak krzyknąć.
Odleciałam na kilka metrów w tył, lądując z hukiem.
Ból przysłonił mi wzrok, straciłam władzę nad własnym ciałem. Jedynym w pełni sprawnym zmysłem jaki mi pozostał, był słuch.
Dochodziły do mnie odgłosy walki i krzyki. Zaraz po tym zaległa cisza.
 - Melody, słyszysz mnie? Nie zasypiaj. Melody proszę. - usłyszałam stłumiony głos tuż przy moim uchu i poczułam jak ktoś klepie mnie po policzkach. A może nawet bije, nie wiem. Coraz ciężej było mi skupić się na czymkolwiek.
- Zabieram cię stąd. Wszystko będzie dobrze. Słyszysz? Będzie dobrze.
Na to ostatnie zdanie, gdybym mogła to bym się uśmiechnęła. Dopiero teraz zrozumiałam jak to pusto brzmi w uszach osoby, którą od śmierci oddziela zaledwie próg.
Chciałam się temu komuś zaśmiać prosto w twarz, nazwać go naiwnym. Już nic nie będzie dobrze. To koniec.
Pomyślałam o Ashtonie. Będzie musiał sobie jakoś beze mnie poradzić. Tak jest nawet dla niego lepiej. Nie będzie musiał znosić mojego towarzystwa, a ludzie przestaną go  odtrącać.
Oddałam się całkowicie ciemności, która opatuliła mnie niczym ciepły koc. Nareszcie spokój.


_______________________________
Po wielu trudnościach nareszcie mi się udało dodać ten rozdział. Wydaje mi się, że z następnym rozdziałem pójdzie mi szybciej. :)I chciałabym wam podziękować za tak ciepłe przyjęcie tej historii, nawet nie wiecie jak mi się ciepło na serduszku zrobiło. To chyba tyle, tak w sumie. Chciałabym jeszcze tylko powiedzieć, że zaraz zaczynam nadrabiać czytanie blogów.

Do następnego,
Natalie ♥

4 komentarze:

  1. ROZDZIAŁ! <3
    Ekhem, troszeczkę powagi, w końcu nie mogę tylko słodzić. Ale cytat na początku jest tak idealny, a ja jestem tak zadowolona, że pojawiła się dwójka, że nie mogłam tego inaczej zacząć.
    Do rzeczy.
    >> Zacznijmy od początkowego opisu. Ładny, muszę przyznać, ale wychwyciłam kilka błędów stylistycznych. Na przykład jednym z bardziej rażących był: "(...) zieleni. Wielki jej pas rozciągał się przed moim domem." Albo "jej wileki pas", albo zamiana na coś innego. Dla mnie to brzmi, mówiąc potocznie, "nie po polskiemu".
    >> "Nie możesz zachowywać się głośno gdzie indziej, no i może trochę ciszej?" - to zdanie mnie rozwaliło. Jedna część przeczy drugiej. Nie wiem, czy poleciało celowo z logiką, bo ojciec Melody dopiero się obudził, czy to raczej ty pisząc to byłaś senna, ale dzięki tobie śmieje się do teraz. Aż sobie wyobraziłam jej ojca, mrużącego oczy przed promieniami słońca i wypowiadającego te słowa. :')
    >> Jestem taka dumna! :* Dialogi są pięknie napisane. Tak, jak powinny być. [Ach, jakbyś w tym momencie nie wiedziała, o co chodzi, to z tej strony Cass z pierwszego rozdziału. Zmieniłam nick na potrzeby innego bloga. ^^] Tylko jedno. "- Nigdzie nie idę. Co się tak w ogóle dzieje? - rozglądałam się zdezorientowana." < "rozglądałam" z dużej litery, bo nie ma bezpośredniego związku z wypowiadanymi słowami. Tak samo w przypadku "- Wiesz co? Chyba najwyższy czas bym ci to dał. Używaj mądrze. - z zamyślenia wyrwał mnie głos taty, który (...)". Duże "z" zamiast małego.
    >> I na koniec postawa Melody po śmierci ojca. Była taka... prawdziwa. Herosi w innych fanfiction uciekają, płaczą, rozpaczają. A Mel postawiła się cyklopowi i dzięki temu zyskała w moich oczach. Pięknie.
    >> Jedyne, co mnie uderzyło, to to, że było mało emocji. Jakoś tak... hm. Nie wiem, jak to opisać. Jasne, Melody było szkoda ojca i w ogóle, bohatersko wspomniałaś, że nie ma już po co i dla kogo żyć, ale to było wszystko. [Sama mam mały problem z opisywaniem emocji, więc zazwyczaj czepiam się o ich brak u innych, żeby się dowartościować, sorry. :/]
    >> No nic. To chyba wszystko. Podsumowując: czekam na więcej!
    >> I chamsko zapraszam do mnie na prolog: http://camp-of-whispers.blogspot.com/2014/10/prolog-waking-demon.html Liczę na szczerą opinię, bo oczywiście jak już ktoś mi zwrócił uwagę, brak w nim emocji. ;_; Może czegoś jeszcze? Chciałabym wiedzieć, co mam jeszcze poprawić. <<
    evilision

    OdpowiedzUsuń
  2. Nareszcie, Głuptaku!
    Nie mogłam się doczekać.
    Rany!
    Popłakałam się.
    Autentycznie łzy mi lecą.
    Po mojej twarzy cieknie woda, także moje gratulacje ♡
    Rozdział cudny.
    DOSKONAŁY prawie xD
    Ale wyłapałam parę błędów
    które zresztą wymieniła koleżanka wyżej :))
    Także tego.
    Żal mi Melody.
    Stracić i matkę i ojca, to koszmar.
    Mam nadzieje, ze wszystko się poukłada.
    Ale i tak wiem, że tak nie będzie :''''')
    Dawno Cię u mnie nie było :''')
    Także ból mój nieukojony.
    Ze zniecierpliwieniem czekam na następny!

    http://zimno-zimno.blogspot.com/ i przypominam o Tygrysie ♡

    Niebieskiego jedzenia, kostek cukru i mango! ♡
    Do następnego ♡

    Ścielę się,
    Annika Stark

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow
    Ten rozdział jest... Niesamowity!
    Nie mogę wyjść z podziwu, dlatego zrezygnuję z zaproszenia cię na nowy rozdział u mnie na blogu, abyś nie musiała oglądać tego chłamu po tak świetnie wykonanej robocie.
    To co spotkało Mel, było takie.. Takie... No nie wiem jak to określić. Rozdział był cudny, wiec błędy raczej pominę. Bardzo podobał mi się tekst
    przez tatę Melody <3
    Czekam z niecierpliwością na nowy rozdział <3
    Podziwiam ;*

    OdpowiedzUsuń